Tak! Jestem z siebie dumny, bo zostałem MISTRZEM POLSKI w Snookerze BAiS.
Patrzę na to z pewnym niedowierzaniem.
Nie trenowałem snookera, nie grałem w bilard od pięciu lat, a w całym życiu rozegrałem może 40 frejmów.
Na mistrzostwa zapisałem się w ostatniej chwili i
nie mając kija do snookera zagrałem kijem do bilarda.
To była kilkudniowa, trudna droga.
Zacząłem od porażki w grupie z zeszłorocznym mistrzem.
Los sprawił, że spotkaliśmy się ponownie w finale.
Tym razem wygrałem z Tomaszem Leśniakiem 3:1.
Mając świadomość ogromnych braków technicznych, nie mogłem polegać na wypracowanych ruchach czy pamięci mięśniowej.
Postawiłem na strategię, którą konsekwentnie realizowałem w każdym frejmie.
Tam, gdzie brakowało treningu, musiała wystarczyć chłodna głowa i trzymanie się planu.
Zastanawiam się, dlaczego ten sukces tak mocno ze mną rezonuje.
Nie chodzi o puchar, ale o to, jak często sami nakładamy na siebie ograniczenia.
Definiujemy, co jest w naszym zasięgu, bazując na braku „odrobionych lekcji” czy wieloletniego stażu.
Czasem życie przypomina, że nasze wyobrażenia o własnych limitach są najbardziej paraliżującym czynnikiem.
Że mimo braku podręcznikowego przygotowania można wygrać, jeśli ma się pomysł i odwagę, by go zrealizować do końca.
Ciekawe, co jeszcze może się wydarzyć, gdy przestaniemy sami sobie udowadniać, czego rzekomo nie potrafimy.